sobota, 20 lipca 2013

Rozdział XVIII

Do sali wszedł młody lekarz. 
-Witaj Katherine, teraz moja zmiana - uśmiechnął się miło. 
-Jesteś pewny, że dasz radę? To wyjątkowo trudny przypadek - lekarka nie wyglądała na przekonaną. 
-Nie z takimi rzeczami już sobie radziłem, a pacjętkę już dobrze znam - puścił oko do Carmen - Poznajesz mnie, Caro?
-Luca! Hej, nie poznałam cię! - uścisnęła go - Pracował w barcelońskim szpitalu, a ja byłam tam częstą klientką - wyjaśniła zaskoczonym chłopakom. 
-Skoro tak, powodzenia, Lucasie, pamiętaj, że ostrzegałam - szybko wzięła swoje rzeczy i wyszła z gabinetu. Luca postanowił zignorować jej wypowiedź. 
-A jak tam żebra, nic poważnego? 
-Nie, szybko się zrosły, dzięki, jesteś mistrzem. 
-To moja praca. Dobra, siadaj, nic nie będzie bolało - widząc jej niezdecydowanie, dodał - Carmen... No mi nie ufasz? Weź... 
-Tobie ufam - uśmiechnęła się - Okey, to gdzie mam usiąść? 
-Tam - uśmiechnął się do niej i wskazał jej miejsce. Carmen usiadła. Zamknęła oczy, zacisnęła zęby i złapała rękę Torresa tak mocno, że wbiła mu paznokcie w skórę, jednak on nawet się nie skarżył. Po 15 minutach odważyła się otworzyć oczy. Spojrzała z wachaniem na lekarza. 
-Luca? 
-Tak, coś się stało? 
-Nic, tylko... Kiedy zaczniesz mi to zszywać? 
-Już skończyłem - uśmiechnął się szeroko. 
-Więc możemy już iść? Super, bo jestem już głodny. Chyba zostało jeszcze to moje spaghetti, tak? - Juan wyraźnie się ucieszył. 
-No tak, możemy, a ty Fer, gdzie masz dzieci? 
-Dzieci, dzieci... Cholera, zgubiłem dzieci! Olalla mnie zabije! Chociaż... Nie, ona tylko by się ucieszyła... 
-Fer, nie myśl już o niej! - Carmen złapała go za ramiona i potrząsnęła. W jej oczach było widać ból. Olalla dalej była ważna dla Torresa. Kiedy ktoś jest dla nas ważny, na zawsze taki pozostanie, nie ważne, ile bólu nam przyniesie. Przecież ją kochał, była dla niego ideałem. Co tam jakaś głupia Carmen, mała siostrzyczka jego przyjaciela, kiedy ma się prawdziwą miłość! Fernando chyba wyczuł jej myśli. 
-Ej, mała, Olalla nic dla mnie nie znaczy! Po tym, jak mnie potraktowała... To po prostu taki nawyk! - musnął ustami jej usta - Teraz ważna jesteś tylko ty! 
-Torres, tylko jej nie skrzywdź - Juan spojrzał na niego spode łba - Bo ostrzegam, chociaż jesteś moim przyjacielem, to jestem jej bratem i jak z tobą skończę, to nie będzie już co zbierać! I ma przez ciebie nie płakać, rozumiesz? 
-Nie będzie, obiecuję - chciał ją pocałować, jednak Carmen odsunęła się - A tobie co? 
-Dzieci, zapomniałeś? 
-No tak, dzieci! Cholera, znowu zapomniałem o dzieciach! 
-Idiota - powiedziała, siląc się na powagę, jednak jej to nie wyszło. Wybuchła niekontrolowanym śmiechem - Przepraszam, głupawka, ale naprawdę, jak można zgubić własne dzieci a potem jeszcze o nich zapomnieć?! 
-To mi może pomóż ich szukać a nie się śmiejesz? - spytał z obrażoną miną. 
-Dobra... - westchnęła - A masz chociaż jakiś pomysł, gdzie mogą być?
-Nie mam... Juan, to ty zawsze masz jakieś pomysły, ty coś wymyśl. 
-No dobra... - Juan podrapał się po nosie, to zawsze pomagało mu się skupić - Mam! Caro, masz numer do tej fanki Chelsea, siostry tej różowej? 
-Nie mów na nią różowa, ona ma imię! A do Annie nie mam numeru, tylko do Lizy, a po co ci? Przecież masz dziewczynę - spojrzała na niego podejrzliwie. 
-Nie, ale to nie o to chodzi! 
-To dobrze, bo ona woli mnie albo Luiza - do rozmowy, ze śmiechem wtrącił się Torres. 
-Ty to się nie wychylaj, tylko myśl jak dzieci znaleźć! - Carmen walnęła go łokciem w żołądek, patrząc na niego morderczym wzrokiem. 
-No cóż Caro, taka prawda, co mogę poradzić, że jestem taki piękny? - znowu dostał od niej z łokcia. 
-Obetnij włosy, najlepiej sam, to ci z pewnością pomoże - pokpiwał sobie z niego Juan. 
-Serio? No cóż, może nie sam, ale może jeśli je tutaj trochę podetnę... 
-Nie! - przerwali mu, a Juan dodał - Stary, nie dość, że z tobą mieszkam, to jeszcze gram w jednej drużynie! Chyba nie chcesz, żebym miał odruch wymiotny, kiedy tylko na ciebie spojrzę? 
-No dobra - Torres zrobił smutną minkę. Wyglądał przy tym jak mały chłopiec, któremu zabrali lizaka. Kochał zmieniać fryzurki prawie tak samo jak Neymar - A ty Caro, jak uważasz? 
-Uważam tak samo, jak mój kochany braciszek, jak się obetniesz, to ci naprawdę coś zrobię! Jesteś El Niño, ty nie możesz obciąć włosów, rozumiesz?! To twój znak charakterystyczny! Tak samo jak tatutaże Olalla i Nora na rękach i liczba 9! 
-Tatuaże powiadasz? - uśmiechnął sie porozumiewawczo do Juana i pokazał jej ręce. Carmen przyjżała im się uważnie. Liczba 9 na wewnętrznej stronę prawego przedramienia była, jego imię w języku Tengwar rownież. Mimo to, miała wrażenie, że coś nie gra. Odwróciła jego ręce, tak, aby spojrzeć na ich zewnętrzną stronę. Imię córki jest, ale na drugim ramieniu... Bingo! Miejsce, gdzie wcześniej było imię narzeczonej, było puste miejsce. 
-Czy ty usunąłeś sobie Olallę? Znaczy się, jej imię? No wiesz o co chodzi! Ale ty sobie ją usunąłeś? 
-Nie, głupolu, poprawiłem niewidzialnym atramentem - roześmiał się, jednak zaraz tego pożałował. Carmen z miną seryjnego zabójcy walnęła go zwiniętą w rulon gazetą w jaja. Kiedy chłopak zwijał się z bólu na podłodze, Carmen uklękła koło niego. 
-To za tego głupola, było mnie nie drażnić. No wstawaj już, chyba nie bolało aż tak bardzo - na wpół spytała na wpół stwierdziła. Torres spojrzał na nią z rozczarowaniem i bólem w oczach. 
-Dziewczyno, ty nie wiesz, jak to boli. A to boli bardzo bardzo bardzo bardzo! Chcesz, żebym już nigdy nie miał dzieci? 
-Taaa, dzieci ci się zachciało - prychnęła - Ciekawe z kim, bo chyba już nie z Olallą... Ale najpierw znajdź te, które już masz, chodź, pomogę ci - podała mu rękę, aby pomóc mu wstać - Oprócz tego ciesz się, że gazetą, a nie trampkiem, bolałoby jeszcze bardziej - uśmiechnęła się. Kiedy się uśmiechała, nie dało się na nią gniewać. Miała cudowny uśmiech, ogólnie była piękna. Ale nie za to ją kochał. Kochał ją, bo była wyjątkowa, jak przyjaciółka, siostra i dziewczyna w jednym. Wygłupiali się jak małe dzieci, rozmawiali jak najlepsi przyjaciele, kłócili jak stare małżeństwo i dokuczali sobie jak najlepsi kumple. To była właśnie jedna z takich sytuacji. Wstał, podciągając się na jej ręce. Chciał ją pocałować, ale ledwo dotknął ustami jej ust, dostał z liścia. 
-Au! Co znowu? 
-Dzieci debilu - przewróciła oczami - Już wiem, gdzie są, ale ty musisz skombinować bilet na środowy mecz i randkę z Davidem Luizem. 
-Ale ty bilet już masz! To znaczy, nie potrzebujesz, biletu, bo będziesz siedziała z nami na ławce rezerwowej! W po co ci randka z Luizem? Ja ci już nie wystarczam? 
-Nie dla mnie debilu, dla Annie - strzeliła facepalma - Dzieci są u nich, mam adres, zaraz tam pojedziemy. A ty musisz jej się jakoś odwdzięczyć! 
-Dobra dobra, coś skombinuję... A ty nie byłaś przypadkiem umuwiona z dziewczynami na zakupy? 
-O cholera! Bo dzisiaj jest ta gala! I miałam kupić sukienkę! 
-O cholera, no tak! Nie ma szans, ja się nie wyrobię! A muszę jeszcze pójść do Miguela, żeby mi fryzurę zrobił! Co się tak szczerzysz Mata? - warknął na przyjaciela. 
-A nie pomyślałeś, że Rafa może oddelegować kogoś innego zamiast was na tą galę? Przecież Carmen jest kontuzjowana - uśmiechnął się z wyższoscią. 
-Brachu! No ja cię chyba ucałuję! Albo nie, lepiej nie, bo jeszcze Sergio będzie zazdrosny... No ale przynajmniej cię przytulę! - z całej siły uściskał przyjaciela. 
-No weź, bo mi żebra połamiesz debilu! Też cię kocham, stary! 
-Ja ciebie też, ale nie mów mu tegu, bo cię będzie chciał zabić! 
-Ja też was kocham, debile jedni! 
-Caro, my ciebie też, nasz ty głupolu kochany! - Carmen została wciągnięta do ich uścisku. Przez kolejnych kilka kolejnych minut ściskali się, a kiedy się puścili, każdy miał łzy w oczach.
~~~~~
Jest już kolejny rozdział, muszę przyznać, że popłakałam się podczas pisania :') Ale to taki dobry płacz, ze wzruszenia ;> Bohaterów dodam, jak będę miała komputer, chociaż z pewnością większość z was zdziwi, że pojawi się w nich Sergio Ramos ;) 
PS.: Lubicie Sernando? Ja uwielbiam, jest moją ukochaną parką, na równi z Fabrique i Mesillą ;D Jeśli chcecie, następnym razem mogę dodać kilka zdjęć Sernando, które udało mi się zgromadzić ;*
PPS.: Na Spain Love Story On Camp Nou, ma niedługo pojawić się nowy rozdział ;) Muszę was niestety zmartwić, będzie krótkie i ostatni, potem będzie już tylko epilog :( Przepraszam, ale nie mam już pojęcia, jak to dalej ciągnąć :< Bardzo zżyłam się z tym blogiem, ciężko będzie mi go skończyć, szczególnie, że obiecałam, że będzie do 50 :'( Ale uważam, że pisanie go na siłę po prostu nie ma sensu :(
PPPS.: #ÀnimsTito :'( Będziemy tęsknić, trenerze :'( Nigdy o tobie nie zapomnimy :'(

poniedziałek, 15 lipca 2013

Rozdział XVII

Fernando spojrzał w tą stronę. W jego stronę zbliżała się Olalla, trzymając za jedną rękę Nore a za drugą Leo. Bez ogródek podeszła do Torresa. 
-To twoje dzieci, zrobiłam testy ojcostwa, torby ze spakowanyme, czekają w samochodzie, możesz je wziąć po treningu, tyle poczekam. Do końca masz chyba jeszcze pól godziny, tak? No więc chyba będziesz mógł je wziąć. Czekam maksymalnie 45 minut, jeśli się nie zjawisz, dzieci będą czekały na ciebie na parkingu przed stadionem. Razem z bagażami - chciała już odejść, jednak Carmen stanęła przed nią. 
-Przepraszam bardzo, co ty sobie wyobrażasz? To, że to też twoje dzieci, nic dla ciebie nie znaczy? Nie będziesz miała wyrzutów sumienia? Nie będziesz tęsknić? 
-Pfff! Też coś! A za kogo ty się wogóle uważasz! Żeby się mieszać w moje prywatne życie! 
-Wybacz Olallo, to moja siostra, jak masz coś do niej, to masz też coś do mnie, więc jakiś problem? - Mata zbliżył się do niej 
-Więc to coś, to twoja siostra? Juan, zawsze uważałam, że jesteś w porządku, więc proszę, z łaski swojej, przekaż jej, żeby się nie mieszała w moje życie. Szczególnie, że sama też święta nie jest. Proszę, powiedz mi, z jak wielką liczbą piłkarzy już się przespałaś? Teraz przyjechałaś tutaj, żeby uzupełnić swoją kolekcję? A ten twój Jordi Alba, czy jak mu tam, on nie ma nic przeciwko temu? - wysyczała jadowitym tonem, przenosząc wzrok z Juana na Carmen, która miała taką minę, jakby pilnie potrzebowała powietrza - Co, uderzyłam w czuły punkt? 
-Ty... - Carmen szukała odpowiedniego słowa - Ty... Nawet nie wiem, jak cię określić! Nie wiesz nic o mnie, więc się nie czepiaj! Nie wiesz nawet, jak się nazywam, więc jak możesz mnie osądzać? Oprócz tego, to nie ja zdradziłam swojego narzeczonego, z którym miałam dwójkę dzieci, tylko dlatego, że wyjechał na zgrupowanie reprezentacji i się nudziłam!!! - odwróciła się na pięcie i ruszyła w kierunku szatni. Olalla przez chwilę patrzyła na nią z przerażeniem. W końcu rzuciła do Torresa krótkie złowrogie spojrzenie i odeszła, dalej trzymając dzieci za ręce. Wyglądała na naprawdę wkurzoną, bo ktoś odważył się, powiedzieć jej prawdę. Juan przez chwilę mamrotał coś pod nosem, najprawdopodobniej rzucając na Olallę jakieś straszne zaklęcia a Fernando zastygł w bezruchu, z wyrazem niemego przerażenia na twarzy. David i Oscar prawie tarzali się ze śmiechu, odgrywając kłótnię dziewczyn, jedynie Lampard zachował trzeźwy umysł. 
-Chyba powinniśmy sprawdzić, co u Carmen, już dawno powinna być w punkcie medycznym, nie wiemy nawet, co konkretnie jej się stało. 
-Caro! - Mata wzdrygnął się gwałtownie - Moja mała siostrzyczka! A jeśli ona się tam wykrwawia? Trzeba jej jakoś pomóc! Fer, szybko, chodź! Fer! - potrząsnął przyjaciela za ramię. 
-Ona mnie zabije, ona mnie zabije, ona mnie zabije... - zniecierpliwiony Juan walnął go z liścia w twarz - Au! To bolało!
-Chodź szybko, trzeba mi siostrę ratować! - pobiegł w stronę szatni - Fer, debilu, chodź! 
-Już idę, czego się czepiasz? - Fernando pobiegł za nim. W drzwiach spotkali przebraną już Carmen. 
-Chodźcie szybko się przebierać, bo ta zdzira może jeszcze zostawić dzieci na środku ulicy! Ja idę do reszty, Rafael już nas zwolnił, ale macie być jutro wszyscy punktualnie. 
-Okey, to zaraz im powiem. A jak się czujesz? 
-Całkiem dobrze, tylko jak jeszcze raz spotkam twoją narzeczoną...
-Byłą narzeczoną - przerwał jej Torres. 
-No nieważne. Ale jeśli jeszcze raz ją spotkam, to roztrzaskam jej łeb siekierą, obiecuje! 
-Okey, zeznamy, że to był wypadek, może być, siostrzyczko? - Juan mrugnął do niej - Ty Fer też, prawda? 
-Nie, ja nie - wyszczerzył zęby - Ja ci z wielką przyjemnością pomogę, a teraz chodź tu szybko, bo jedziemy do szpitala na zszywanie, dzieciaki możemy wziąć ze sobą. 
-Cooooo? - uśmiech momentalnie zniknął z jej twarzy, ustępując miejsca przerażeniu - Ale Fer, ja naprawdę nie muszę, tylko... Au! - złapała się za głowę i lekko zatoczyła w tył. Upadłaby, gdyby chłopcy jej nie przytrzymali. 
-Caro! Wszystko w porządku? Myśleliśmy, że zaraz zemdlejesz! 
-Nie, tylko trochę boli mnie głowa, to pewnie odwodnienie, napiję się wody i mi przejdzie, nie martwcie się... 
-Nie ma mowy! Jedziesz z nami do szpitala! Bez dyskusji! - Juan spojrzał na nią ostro. 
-No dobra... - Carmen była zbyt słaba, aby protestować. Poszła za chłopcami do samochodu, przy okazji zgarniając dzieciaki. Leo od razu wlazł jej na kolana, a Nora usiadła obok, przyglądając się jej z zaciekawieniem. 
-Mam pytanie, ty będziesz naszą nową mamą? I gdzie teraz jedziemy? 
-Jak narazie to jestem waszą ciocią, a jedziemy teraz do szpitala, bo wasza nowa ciocia rozwaliła sobie głowę na boisku.
-A czemu? Jak to się stało? 
-Nora! Nie męcz Caro! - Torres ofukał ją ze śmiechem. 
-A kto to Caro? 
-Nora! Caro to wasza nowa ciocia, która jest siostrą wujka Juana, zrozumiałaś? 
-Tak tato, nie krzycz na mnie - dziewczynka naburmuszyła się. 
-Ej, Fer, nie krzycz na nią! 
-Przecież nie krzyczę! 
-Krzyczysz! Prawda Leo? - Carmen puściła oko do dwulatka, który wybuchnął uroczym gaworzącym śmiechem. 
-Okey, to wy zostajecie w samochodzie, czy wolicie wrócić do domu? Bo już dojeżdżamy pod szpital - do rozmowy wtrącił się milczący dotąd Juan. 
-Zaraz zaraz, ża niby jak zostajemy w samochodzie? My idziemy z nią, co nie dzieciaki? 
-Taaak! Leo też chce! 
-Ale... 
-Juan! Jadą ze mną i już! 
-Ale Carmen, nie chcesz mieć spokoju, chociaż w szpitalu? 
-Nie! Chcę, żeby byli przy mnie, okey? Nienawidzę szpitali i nie chcę być tam sama, okey? 
-Ale przecież ja tam będę, nie będziesz sama! 
-Juan... - dziewczyna zmierzyła go wzrokiem - Ty weź już mnie nie wkurzaj... Dobra, chodźcie, jakoś przeżyję - pociagnęła za rękę Norę, która z ochotą ruszyła za nią. Leo poczłapał za nimi, trzymając tatę za rękę. Kiedy byli już na izbie przyjęć, Carmen zrobiła się nerwowa. 
-Nora, ty odwróć ich uwagę, a ja znikam, okey? - szepnęła trzylatce do ucha. 
-Ciociu, ale ty nie możesz uciekać, to dla twojego dobra, tata i wujek troszczą się o ciebie, a ty tak im się odwdzięczasz? Bardzo nieładnie ciociu, zawiodłam, się na tobie, dajesz mi i Leosiowi bardzo zły przykład - dziewczynka powiedziała to tak głośno i wyraźnie, żeby wszyscy mogli ją usłyszeć. Carmen zaczerwieniła się, było jej masakrycznie głupio. Nora miała rację, jednak Caro nie chciała tego przyznać. Kiedy podeszli do niej chłopcy, zauważyła, że z całych sił starają się powstrzymać od śmiechu. Przynajmniej tyle. Prawie wszyscy na sali, włącznie z pielęgniarkami, prawie tarzali się ze śmiechu. 
-Córeczko, jestem z ciebie bardzo dumny - Torres pocałował ją w czubek głowy. 
-No właśnie, nieźle przygadałaś cioci, szkrabie mały - Mata z kolei poczochrał ją po główce - Mamy iść do sali numer 3, tam już czeka doktor Evans, ale nie mam pojęcia, który. 
-Aaaa, bo to jest to małżeństwo, tak? To chyba kobieta jest od zszywania i tego typu, a facet chyba od złamań. Tak myślę, bo szycie to chyba taka trochę bardziej babska robota. Chociaż w sumie nie znam osobiście żadnej kobiety, która by gotowała, prała, szyła i tak dalej... 
-Fer, jesteś debilem - przechodząc koło niego, walnęła go pięścią w żołądek - Ty też Juan, ale jesteś moim bratem, więc ci daruję... 
-Siostrzyczko, ty wiesz jak cię kocham? - posłał jej w powietrzu buziaka i wskazał na drzwi naprzeciwko - To tam, chcesz iść sama, czy mam iść z tobą? 
-Sama... Ale jak będę wrzeszczeć, to macie tam przyjść, zrozumiano? - nie czekając na odpowiedź, dzielnie ruszyła do drzwi. Zapukała, jednak nikt nie odpowiedział, więc delikatnie nacisnęła klamkę i weszła do środka. Były tam trzy osoby, pani doktor i dwie dziewczyny, około 20 lat. Jedna miała długie różowe, opadające na jej ramiona, druga kasztanowy kucyk. Z wyglądu nie były do siebie zbyt podobne, jednak było w nich coś, co wskazywało, że są siostrami. Kłóciły się z lekarką, która, sądząc po podobieństwie, była ich matką. 
-Ale mamo, Lizie pozwoliłaś przefarbować włosy, a mi nie! To nie fair! - brunetka tupnęła nogą. 
-Annie, kochanie, ale ty chcesz na biało-niebiesko, a ona na ciemno różowo, to zupełnie co innego - pani Evans westchnęła. 
-Nie biało-niebieskie tylko niebieskie z białymi końcówkami! To różnica! 
-Kochanie, odpowiedź dalej brzmi NIE - w tej chwili zauważyła Carmen - O, kochanie, to tobie mam zszyć tył głowy, tak? 
-Tak, ale czy to będzie bolało? 
-Zupełnie jakbym słyszała moje córki - uśmiechnęła się - Nie kochanie, to nie będzie bolało, nie trzeba też będzie wygolić włosów dookoła rany, wszystko będzie dobrze. Jesteś tu sama czy z kimś? Bo jeśli chcesz, to ktoś może tu wejść z tobą, wiesz? 
-Jestem tu z bratem i chłopakiem, znaczy przyjacielem - szybko sie poprawiła, a Annie i Liza zachichotały - To może ja pójdę po brata, dobrze? 
-Idź kochanie, idź - Carmen wyszła, a po chwili wróciła z Juanem Matą. 
-Ej, zaraz, my jesteśmy w ukrytej kamerze, prawda? Bo to nie może być prawda, to nie może być prawda - Annie patrzyła na nią z szeroko otwartymi oczami. 
-Ale jak nieprawda? Ja naprawdę jestem jej bratem - Juan był nieco zdziwiony - Moja nowa, niedawno odnaleziona siostrzyczka. 
-Człowieku, ja zwariuję, ty jesteś jednym z moich ulubionych piłkarzy i grasz w moim ukochanym klubie! Dasz mi autograf? 
-Yyyy, tak jasne... A jak mogę spytać, jakich piłkarzy jeszcze lubisz? 
-No bardzo lubię jeszcze Torresa i - przerwał jej wybuch śmiechu Carmen. 
-Annie, tak? Wyjdź na chwilę na korytarz, będziesz miała niespodziankę! 
-Czy ja mam się bać? 
-Nie, naprawdę! 
-No okey, a ty jak się nazywasz? 
-Ja jestem Carmen Fernandez Garcia i naprawdę jestem jego siostrą - pokazała na Juana. 
-Wow, dziewczyno, zazdroszczę ci życia, mieć takiego brata... Ja mam tylko Lizę - skrzywiła się i już jej nie było. Teraz Liza dziwnie na nią patrzyła. 
-Ej, wiem, że to zabrzmi dziwnie, ale czy ty przypadkiem nie znasz One Direction? Bo jakoś tak cię kojarzę z jednego koncertu...
-Pewnie mi nie uwierzysz, ale przypadkiem znam. To ja jestem tą, którą wciągnęli wbrew jej woli na scenę w piżamie. 
-Naprawdę! Dziewczyno, teraz połowa fanek chce cię zabić! A poznałabyś mnie z nimi? Proszę, to moje marzenie! 
-Tak osobiście to nieradzę, mega wielcy idioci ale jeśli bardzo chcesz...
-Wow! Naprawdę? Kocham cię po prostu! - podbiegła do niej i uścisnęła ją - To jakoś się zdzwonimy, dobra? A ja teraz lecę opowiedzieć o tym wszystkim moim koleżankom! Ale będą mi zazdrościć! A mogę mieć jeszcze jedno pytanie? 
-Wal śmiało - Carmen uśmiechnęła się. Od razu złapała z siostrami dobry kontakt. 
-Jaka to była ta niespodzianka która czekała na korytarzu na Ann, ty ją już wcześniej znałaś? 
-Nie, po prostu tam czekał mój przyjaciel, a skoro to jeden z jej ulubionych piłkarzy...
-Aaaa, ten cały Torres, tak? Gada o nim na okrągło, chyba się w nim podkochuje! Ale i tak najbardziej kocha tego z lokami, też z Chelsea, no jak mu tam...
-David Luiz, kolejny mega debil. 
-A no właśnie, to ma prawie cały pokój w jego zdjęciach. Na urodziny kupiłam jej poduszkę z nim, to teraz nikomu nie pozwala jej tknąć. Raz Draco, nasz pies, prawie ją pogryzł, to Annie się wkurzyła i nie spuściła go do pokoju, musiał spać na wycieraczce. 
-Dobrze, wszystko jest przygotowane, więc Liz, proszę cię, wyjdź już, pogadacie sobie pózniej, a ty, kochanie, usiądź sobie tutaj, twój brat może usiąść obok, żeby trzymać cię za rękę, a ciebie nic nie będzie bolało - kobieta wciąż uśmiechała się miło, jednak Carmen nie była przekonana. Spojrzała z powątpiewaniem na Juana. Ten mocniej ścisnął ją za rękę i uśmiechnął się, dodając jej otuchy. Nagle drzwi otworzyły się gwałtownie i do sali wparował zziajany Torres. 
-Caro, pomocy! Goni mnie tłum zwariowanych fanek, błagających o autograf! 
-A więc ty jesteś ten cały Torres? W sumie bez rewelacji, na zdjęciach wyglądasz lepiej. A jest tam moja siostra, taka podobna do mnie, tylko w koszulce Chelsea i w kucyku? 
-Jesr taka jedna, z brązowymi włosami, to chyba ta, tak? 
-Tak, to ona. 
-No to wyżebrała numer do Davida, chciała mój, ale odpuściła, jak się dowiedziała, że jestem z Caro - Carmen spojrzała na niego groźnie - No co, nie ode mnie, z gazety się dowiedziała, od jakiejś innej fanki. Generalnie, to one są jakieś mega nieogarnięte, połowa twierdziła, że gram w Barcelonie, druga połowa, że w Realu. Chyba tylko ze trzy wiedziały, gdzie naprawdę gram. 
-Okey, to pa Caro, jakoś się zdzwonimy, a ja lecę ratować Ann, bo znowu się w jakieś kłopoty wpakuje, buziaczki, cześć - Liza pomachała na dowidzenia i już jej nie było. 
-A ta z różowymi włosami to kto? 
-To Liza, jakoś do nas wpadnie, bo chce poznać debili. 
-To może na trening z nami pójdzie? 
-Nie, nie tych debili, Annie chce was poznać, a Liza Niallera i spółkę. 
-Czy mogłabym prosić cię o wyjście? Bo, jeśli niezauważyłeś, to szpital, a nie miejsce spotkań - lekarka powoli traciła cierpliwość - Usiądź łaskawie, albo będę musiała dać ci coś na uspokojenie! - w tej chwili drzwi otworzyły się ponownie. 
~~~~~
Prawie nikt nie komentuje :( Smutam się :c W tym rozdziale dołączyły dwie nowe bohaterki, Annie i Liza Evans :) Liza na prośbę Liz A, a Annie na prośbę An ;D Mam nadzieję, że nie jesteście złe, że zrobiłam was siostrami ;* Bohaterów postaram się dodać, jak tylko zorientuję się, jak się dodaje zakładki, bo nie umiem :/ Pomoże ktoś? Będę wdzięczna ;3

sobota, 6 lipca 2013

Rozdział XVI

Kiedy składy były już wybrane, mecz się zaczął. Na początku Carmen nie mogła się za bardzo odnaleźć, nie była przyzwyczajona do grania metodą, która w niczym nie przypominała hiszpańskiej Tiki-Taki. Było tu mało podań, wiecej pojedynczych akcji, biegania z piłką a nie za nią. Szybko jednak się dostosowała. Biegła akurat z piłką, kiedy jak z pod ziemi wyrósł przed nią Torres, próbujący ślizgiem zabrać jej piłkę. Nie wycelował jednak w piłkę, tylko walnął nogami dokładnie w jej nogi, podcinając ją. Dziewczyna wyleciała w powietrze, przefikołkowała i spadła na murawę kilka metrów dalej. Wydarzyło się to tak szybko, że reszta drużyny początkowo nie wiedziała co się stało. Po chwili jednak wszyscy zauważyli, że coś jest nie tak. Carmen z zamkniętymi oczami leżała murawie, Torres, z twarzą zalaną krwią właśnie podnosił się z ziemi kilka metrów przed nią. Podbiegł do niego Juan. 
-Jezu, Torres, co ci jest? Co sie stało? Ona żyje? Już drugi raz zabiłeś mi siostrę! A tobie co jest? 
-No bo próbowałem jej piłkę zabrać i ją podciełem a ona za lekka jest i wyleciała w powietrze, przy okazji waląc mnie butemw twarz. Zaraz zaraz, jak to zabiłem? Znowu?
-No po ludzku, leży bez ruchu, ma zamknięte oczy, nie reaguje! Nie wiemy, czy oddycha, bo boimy się ją ruszyć! 
-Cholera no! Gówniana źle zmoczona trawa! Nie ruszajcie jej, idę po kogoś ze sztabu medycznego, i tak będą musieli mnie zobaczyć - trzymając się za głowę tuż nad lewym okiem, ruszył w kierunku punktu pierwszej pomocy. W drodze spotkał trenera. 
-Już o wszystkim wiem, gdzie ona jest? 
-Tam jest, leży na murawie przy 11 metrze, ja idę po jakiegoś lekarza czy coś. 
-Dobrze, idź, przy okazji powiedz, żeby cię tam zszyli, bo chyba masz rozciętą brew, będą cię musieli zszyć - Rafael ruszył w kierunku murawy i uklękł przy nieruchomym ciele Carmen. Sprawdził, czy dziewczyna oddycha, ma tentno i puls - Dobrze, czynności życiowe ma, po prostu straciła przytomność. Widzi któryś może, czy Torres już wraca z lekarzem? 
-Lekarz już idzie, ale Torresa nie widać, panie trenerze. 
-Dziękuję Lampard, poczekajcie tu przy niej, ja idę zamienić słówko z lekarzem, bo mam pewne podejrzenia, co mogło jej się stać. Juan, może klęknij koło niej, żeby nie był to dla niej szok, kiedy się obudzi - Juan klęknął przy niej i złapał ją za rękę, widać było, że bardzo się martwi. David Luiz uklękł przy nim. 
-Stary, nie martw się, wyjdzie z tego - poklepał go po ramieniu. 
-Tak, jak tak leży jest całkiem ładna, taka niewinna, przynajmniej nie każe robić nam pompek - dodał Oscar. Miały to być słowa otuchy, jednak osiągnął zupełnie odwrotny efekt. Juan najpierw zacisnął pięści, jakby miał go uderzyć, jednak zaraz zacisnął je jeszcze mocniej, w wyrazie bezsilnej złości. 
-Oscar, ja cię proszę, ty się już lepiej nie odzywaj - westchnął. Nagle rozległ się dzwonek telefonu, dobiegający z kieszeni bluzy dziewczyny. Juan spojrzał na wyświetlacz. 
-Cholera, to Pique, przynajmniej tak mi sie wydaje, bo jest zapisane Geri. Ale to chyba on. Tak, to na pewno on, bo jest zdjęcie - Juan już panikował. 
-To może odbierz? 
-Nie! No co ty, on mnie obedrze ze skóry, jeśli teraz odbiorę i powiem mu co się stało! Przecież to jeden z najlepszych przyjaciół Caro! 
-Daj, ja to zrobię - Oscar zabrał mu telefon - Halo? 
-Hej Carotko! Mamy dla ciebie super wiadomość! Mamy Neya!
-Że co?
-Mamy Neymara! Będzie z nami w nowym sezonie! Będziemy mistrzami! Oprócz tego mam jeszcze 2 wiadomości, dobra jest taka, że Mou już nie będzie trenerem Realu! A zła jest taka, że przechodzi do Chelsea! Ale na razie nie mów o tym nikomu, bo to nie jest jeszcze oficjalna informacja, tylko nam to Ikuś powiedział! Jordi, czego chcesz, nie widzisz, że rozmawiam! 
-Właśnie widzę, ale na pewno nie rozmawiasz z Caro! - w słuchawce odezwał się głos Jordiego Alby. 
-No niby jak nie z Caro! Przecież z Caro! 
-Witam, tu Oscar dos Santos, niezwykle mi miło, że poinformowaliście nas o tym, że niejaki Jose Mourihno, jeśli to jego nazywacie Mou, będzie naszym nowym trenerem, a co do Neymara to go pozdrówcie od nas - Oscar spojrzał na Davida Luiza, szukając w jego oczach aprobaty, jednak zobaczył tylko złość, wrogość i rozczarowanie. Zrozumiał, że posunął się za daleko. 
-ŻE CO PRZEPRASZAM? GDZIE JEST CARMEN? CO JEJ ZROBILIŚCIE! - wydzierał się do telefonu. Na dźwięk jego głosu Carmen delikatnie się poruszyła. Otworzyła oczy i lekko się uśmiechnęła. 
-Hej Geri, co tam? - powiedziała słabo. 
-Matko Boska, Caro, co ci się stało? 
-Nic, tylko taki mały wypadek, walnęłam się w tył głowy, straciłam przytomność, takie tam - lekceważąco machnęła ręką - Kurde, ale mi we łbie nawala - skrzywiła się i machinalnie powędrowała miejsca z tyłu głowy, gdzie było źródło bólu. Kiedy cofnęła rękę, ta była cała we krwi - Ajtam, drobne rozcięcie, pewnie trafiłam na jakiś kamień albo coś takiego. Juan, zaprowadzisz mnie do lekarza? Raczej nie trzeba zszywać, tylko odkazić i założyć opatrunek - powiedziała to tak spokojnie, że reszta drużyny patrzyła na nią ze zdziwieniem mieszanym z podziwem. Oscar pomyślał, że on w takiej sytuacji na pewno wrzeszczałby z bólu. David Luiz chyba myślał podobnie. 
-Tak, jasne, już. 
-A mogę dostać mój telefon? - zwróciła się z wyrzutem do Oscara, który z miną małego smutnego dziecka oddał jej telefon w którym Pique dalej wywrzaskiwał obelgi na jego temat - Geri, zadzwonię pózniej, nie mów nic reszcie, szczególnie Leo, bo będzie się niepotrzebnie martwił, zadzwonię potem, cześć - rozłaczyła się - Okey, już mogę iść. 
-Nie, nigdzie nie idziesz! Lekarz za chwilę tu będzie, postaraj się do tego czasu jakoś się nie ruszać, a przynajmniej nie wykonywać gwałtownych ruchów, okey? - nagle niewiadomo skąd, pojawił się Torres. Na jego widok Carmen gwałtownie zerwała się z miejsca i przytuliła się do niego. 
-Naaaandoooo! - pisnęła - Przepraszam, nie chciałam, to wszystko moja wina, jestem do niczego - dodała patrząc na jego zszytą brew. 
-Nawet tak nie mów! Jesteś wspaniała i cudowna! Oprócz tego to już bardziej moja wina, przecież to przeze mnie wylecialaś w powietrze! 
-No tak, ale to moja wina, bo to ja cię kopnęłam! No i... - chciała jeszcze coś powiedzieć, ale Torres zamknął jej usta pocałunkiem. 
-Ustalmy, że to niczyja wina, może być? - uśmiechnął się do niej. 
-Może. Kocham cię, wiesz? 
-Ja ciebie bardziej. 
-Nie, ja ciebię bardziej - przerwali, bo Frank Lampard zakaszlał znacząco. 
-Nie chcę wam przeszkadzać, ale trzeba zobaczyć, co Carmen ma z głową - David i Oscar uśmiechnęli się złośliwie a Torres spojrzał na niego z wyrzutem - Chodziło mi o ranę na głowie, bardzo przepraszam, skrót myślowy. 
-Ale mi już nic nie jest! Już przestało krwawić! Nic takiego mi się nie stało! 
-Carmen! Musisz tam iść, moim zdaniem trzeba będzie zszywać - Carmen gwałtownie zaprzeczyła - Ej, skarbie, to dla twojego dobra! - Torres pogłaskał ją po głowie - Ty się naprawdę tego boisz? Przecież to tylko igłą, nawet nie muszą cię ogolić, żeby cię zszyć. 
-No ale ja nie chcę - przytuliła się do niego mocno - Ja naprawdę boję się ogieł! Przecież to tak strasznie boli! 
-Caro, czy ty masz jakieś traumatyczne wspomnienia z dzieciństwa? Chciałabyś nam o tym opowiedzieć? - spytał Eden Hazard z miną psochologa. 
-Nie, naprawdę nie! Po prostu boję się igieł! Nie mam żadnych traumatycznych wspomnień z dzieciństwa z użyciem igieł! Naprawdę Eden! 
-No więc czemu się ich boisz? 
-Bo boję się ogólnie widoku krwi! Tak samo boję się noży, żyletek, no wszystkiego czym można się skaleczyć, okey? 
-No ale...
-Hazard, już jej nie męcz! - ofukał go Torres - To nie jej wina, że nie dostałeś się na studia psychologiczne, tylko zostałeś piłkarzem! Caro, dasz radę, nic się nie stanie! To nic nie będzie bolało, uwierz mi! Caro! Co się z tobą dzieje! - złapał ją za ramiona i potrząsnął. Dziewczyna nie reagowała. Wpatrywała się z szeroko otwartymi oczami w kąt boiska. Kiedy przemówiła, jej głos się łamał. 
-Fer, uważam, że powinieneś to zobaczyć...
~~~~~
Rozdział jest, bo było 5 komentarzy, chociaż trochę naciągnane, bo połowa komentarzy jest moja ;) Tym razem kolejny rozdział będzie najwcześniej 15, bo zostałam odcięta od internetu (wyżebrałam, żebym mogła skorzystać z komputera taty ;>) Komentarze jak zawsze wskazane, mam nadzieje, że jak następnym razem tu zajrzę, będzie ich trochę wiecej ;)

wtorek, 2 lipca 2013

Rozdział XV

Wszyscy wsiedli do samochodu i ruszyli na trening. Carmen lekko się denerwowała. 
-A właściwie to jaki jest ten wasz trener? - spytała, chciała się jak najwiecej dowiedzieć, aby pózniej móc jakoś dogadać się z drużyną. 
-On jest spoko, nie martw się, nie zje cię - Fernando uśmiechnął się pokazując rząd białych zębów. 
-Fer, przecież wiesz o co mi chodzi! - lekko walnęła go w ramię - Juan, David, pomóżcie! 
-Rafael Benitez, Hiszpan, naprawdę spoko, nie masz co się denerwować - Juan podniósł głowę sponad telefonu, na którym grał w jakąś durnowatą gierkę. David siedział obok niego wrzeszcząc "Zabij go! Dawaj! Użyj miecza mocy!" Carmen spojrzała na nich i przewróciła oczami. Po prostu jak duże dzieci.
-Fer, więc ten trener jest Hiszpanem, tak? 
-Tak, na pewno cię polubi, tylko lepiej go nie wkurzać. Kiedyś David przyprowadził na trening dziewczynę, była z tego taka afera - roześmiał się, wspominając dawne wydarzenie. Caro miała bardzo zaniepokojoną minę, więc szybko dodał - Ale ty to co innego, ty jesteś nie tylko moją dziewczyną ale rownież siostrą Juana, oprócz tego umiesz grać w piłkę a tamta to była jakaś pusta blondynka, modelka czy coś - przewrócił oczami - David ma beznadziejnie kiepski gust, jeśli chodzi o dziewczyny. A ciebie nie da się nie kochać! - przyłożył jej dłoń do swoich ust i lekko pocałował. Na tylnym siedzeniu David i Juan udawali wymioty. 
-Juan, jesteś moim bratem, ale Davidowi to ja chyba kiedyś nogi z dupy powyrywam, jak mnie wkurzać nie przestanie!
-Ale się boję, naprawdę, nie ma co, aż się trzęsę ze strachu - pokazał jej język. Torres i Mata spojrzeli na siebie porozumiewawczo. Miał się czego bać. Już dojeżdżali na miejsce. 
Stamford Bridge był naprawdę piękny, chociaż oczywiście nie tak piękny jak Camp Nou. Mimo to Carmen westchnęła na jego widok. Przypomniał jej się jej barceloński dom, dokładnie przy Camp Nou, w którym mieszkała z Leo. Torres złapał ją za rękę. 
-Wiem o czym myślisz - uśmiechnął się tajemniczo. 
-To o czym? 
-Że mamy prawie najpiękniejszy stadion. Może się z nim równać tylko Santiago Bernabau - pokazał jej język. 
-Madridista! - gwałtownie otworzyła drzwi i wysiadła. Energicznym krokiem ruszyła przed siebie. Nie miała pojęcia gdzie idzie, jednak miała nadzieje, że wszystkie stadiony są w miarę podobne. Idąc tak przed siebie, zauważyła, że na kogoś wpadła. Był to starszy mężczyzna, jak dziewczyna się domyśliła, trener jej brata. 
-Ja pana bardzo przepraszam, naprawdę, to było niechcący, bardzo przepraszam, naprawdę! 
-Spokojnie panienko, nic takiego się nie stało - uśmiechnął się miło - Jestem Rafael Benitez, jestem tutaj trenerem. A ciebie co tutaj sprowadza? 
-Ja jestem Carmen Fernandez Garcia, przepraszam, nie przedstawiłam się - zarumieniła się, zwykle była raczej pewna siebie, jednak ta sytuacja ją przerastała. 
-Ależ spokojnie, naprawdę, nic się nie stało. Ale ja cię chyba skąś kojarzę... No nieważne, więc co tutaj robisz? 
-Aktualnie lekko się zagubiłam - po raz pierwszy od początku tej rozmowy pozwoliła sobie na lekki uśmiech - Miałam tu przyjść z bratem i on miał przedstawić, ale Fernando zaczął nawijać, jaki to Real jest lepszy od Barcelony a ja się lekko wkurzyłam i sobie od nich poszłam no i się trochę zagubiłam - wyszczerzyła zęby w uśmiechu. Trener rownież się roześmiał. 
-Ah, więc ty musisz być siostrą Juana Maty, skoro już poznałaś Fernando Torresa, tak? Bo to o niego chodzi, prawda? 
-Tak, to ja, ale... Skąd pan wiedział? 
-No cóż, chłopcy gadali o tym w kółko, był to ich temat numer 1 od kiedy się dowiedzieli. A ja już wiem, skąd cię kojarzę, to ty jesteś tą przyjaciółką piłkarzy Barcelony, tak? Szczególnie Messiego, prawda? 
-Tak, to właśnie ja, właśnie też poznałam go przypadkowo, też na niego wpadłam. 
-Więc widzę, że masz talent do przypadkowego poznawania ludzi, prawda? A ilu trenerów już poznałaś? 
-Poznałam Pepa Guardiolę, potem Tito Vilanovę, oprócz tego selekcjonera reprezentacji Hiszpanii, Vincente del Bosque i trenera Realu Madryt, Jose Mourihno. No i teraz pana. 
-No to widzę, że tu jesteś światową dziewczyną. No cóż, jak się ma takich znajomych, to trudno nie mieć. A ćwiczyłaś na ich treningach, wiesz jak to wygląda? 
-Tak, ćwiczyłam na prawie wszystkich, i wiem, że to wygląda nie najlepiej, szczególnie w Barcelonie, u Hiszpanów. 
-No to tutaj mamy 4 Hiszpanów i 3 Brazylijczyków, z którymi jest podobnie. 
-Tak, wiem, znam Daniego Alvesa i Neymara oraz miałam zaszczyt poznać Ronaldihno. 
-No to widzisz, czasami cieżko sobie z nimi poradzić a Fernando i David Luiz są już mistrzami w odprowadzaniu mnie do szału. Już kilka razy sam im zagroziłem, że jeszcze jeden taki numer i im nogi z dupy powyrywam. Ale nie bój się, aż taki straszny nie jestem - puścił do niej oko. 
-Nie, nie boję się, już dzisiaj sama im tym zagroziłam. A czemu pytał się mnie pan, czy znam się na ich treningach? 
-Bo mam dla ciebie taką propozycję, może zostałabyś moim pomocnikiem? Chyba lepiej przemówisz im do rozsądku niż ja, albo przynajmniej będziesz miała więcej pomysłów na kary niż ja. 
-Ja? Naprawdę? Mogłabym? - Rafael pokiwał z uśmiechem głową - To cudowne, wspaniałe, zawsze o tym marzyłam! Bardzo panu dziękuje! - rzuciła mu się na szyję. 
-Ajtam ajtam, to dla mnie przyjemność, Carmen, może z tej okazji będziesz do mnie mówiła Rafael albo po prostu Rafa? Tak mówią do mnie piłkarze, to wiele ułatwia. O zobacz, ktoś tam do ciebie biegnie! - pokazał ręką w stronę, z której przyszła. Rzeczywiście, po chwili dobiegł do nich Torres a zaraz potem Mata i Luiz. 
-Caro, bo ty mnie źle zrozumiałaś - dyszał napastnik, był mocno zziajany i kilka dobrych chwil zajęło mu, żeby złapać oddech - Mi chodziło, że Stamford Bridge jest tak samo ładny jak Santiago Bernabau, ale Camp Nou jest o wiele ładniejszy!
-Oj Fernando, kondycja ci siada, czuje że tak za chwilę dostaniesz z 50 pompek na zachętę. 
-O, dzieńdobry panie trenerze, ja tu jestem grzeczny, nic nie robię. 
-Ajtam ajtam, Fer, 50 pompek ci raczej nie zaszkodzi - skwitowała jego wypowiedź Carmen. 
-Ej nooooo! I ty przeciwko mnie, Brutusie? 
-Nie przesadzaj, 50 pompek to ja też robię bez problemu, to nic takiego! 
-Torres, uważaj na nią, ona jest cyborgiem! - powiedział teatralnym szeptem David Luiz, stojący tuż za nim. 
-Słyszałam David, ty też zaraz robisz pompki. 
-No dobra, a mogę 69? 
-69? Po co? Jak chcesz wiecej niż 50, to od razu setkę dajesz, dasz radę, a teraz do szatni, przebierać się! - chłopcy z niechęcią dowlekli się do szatni. 
-Świetnie dajesz sobie z nimi radę, masz do tego talent. Dobrze, to możesz przebrać się w szatni dla gości, obecnie jest pusta, więc będziesz miała spokój. 
-Bardzo panu dziękuje. 
-Jakiemu tam panu, nie mów do mnie pan, bo czuje się staro! - żartobliwie pogroził jej palcem - A teraz leć się przebierać, bo muszę cię im przedstawić, a potem organizujesz im rozgrzewkę - rozejrzał się, czy nikt ich nie podsłuchu - Tylko weź ich dzisiaj jakoś oszczędź, niech cię polubią, jest jeszcze czas jutro i pojutrze, bo dopiero pojutrze wieczorem jest mecz z Barceloną u nas, a za tydzień na Camp Nou, a chłopcy są już dobrze przygotowani. A teraz już leć, powodzenia - wskazał jej szatnię gości, w której mogła się przebrać. Było trochę zimno, przynajmniej jak na hiszpańskie standardy, więc dziewczyna ubrała długie polarowe leginsy z Barcelony, meczową koszulkę Torresa (która sięgała jej do połowy uda, bo chłopak był od niej sporo wyższy) i bluzę z kapturem ze znakiem Chelsea i 9 z tyłu, którą dostała od Nialla. Włosy związała w wysoki kucyk i była gotowa aby wyjść pokazać się chłopakom. Kiedy wyszła na murawę, wszystkie rozmowy ucichły. 
-Ej, Luiz, twoja kolejna dziewczyna? Bo jakoś tak ludzko wygląda, to chyba nie jakaś modelka, co nie? - odezwał się młody piłkarz, najwidoczniej jeden z dwóch Brazylijczyków, których jeszcze nie poznała. 
-Nie, tym razem dziewczyna Torresa - odburknął David, który mocował się ze sznurowadłem. 
-Przedewszystkim, to siostra Juana, jeśli zapomniałeś o tym Davidku - powiedziała sztucznie miłym tonem - A po angielsku rozumiem. Luiz, Torres, róbcie te swoje pompki!
-A może być to 69? 
-Ale czemu akurat 69? Dobra, nie chcę wiedzieć, rób to 69 - roześmiała się a David z ochotą zabrał się do swoich pompek - Nando, ty też! Dawaj dawaj, masz tylko 50! 
-Ale Caaaaroooo, prooooooszę - zapytał celowo przeciągając samogłoski. 
-Nie marudź tylko rób, mogą być damskie jak wolisz. 
-No wiesz... - przewrócił oczami i z niechęcią i ociąganiem zabrał się do swoich pompek. 
-No więc tak, może się przedstawię, jestem Carmen Fernandez Garcia, siostra Juana Maty... 
-I nowa dziewczyna Torresa! 
-Cicho Luiz, słyszałam, że trenerowi też podpadłeś! - David ze smutną miną zbitego psa kontynuował ćwiczenia - I kontynuując, będę tutaj jako pomocnik trenera. Generalnie da się mnie lubić, jest ze mną trochę zabawy, chodzi tylko o to, żebyście też coś robili. Od razu dzisiaj obiecuję, że pod koniec rozegramy mały meczyk. Dobra, to mnie to tyle, może wy się przedstawicie? - piłkarze patrzyli na nią omieniali, nie wiedzieli, czy to dzieje się na serio, czy to jakiś żart. Carmen westchnęła i przewróciła oczami. Nagle jej wzrok padł na wysokiego Anglika - O matko, ja wiem, kim pan jest! Pan jest Frank Lampard! Mogłabym prosić o autograf? - zrobiła słodkie oczka kota ze Shreka patrząc na niego błagalnie. 
-Yyyy, tak jasne, oczywiście, tylko może potem, dobrze? - uśmiechnął się do niej, a ona przytaknęła - Więc to ty jesteś tą siostrą Juana o której nam cały czas opowiadał? Miło mi poznać. I przepraszam za chłopaków, byli pewni, ja w sumie też, że to jakiś żart, że dziewczyna jest pomocnikiem trenera, szczególnie taka ładna - uśmiechnął się, a dziewczyna spłonęła rumieńcem. 
-To może przedstawisz mi resztę? Chociaż kilku w sumie chyba znam, a przynajmniej o nich słyszałam. Ramires, tak? - podeszła do Brazylijczyka, który z uśmiechem uścisnął jej dłoń. Potem Frank razem z Juanen i Fernando przedstawili jej pozostałych graczy. Na końcu pozostał już tylko młody Brazylijczyk, na początku nazwał ją nową dziewczyną Davida Luiza. 
-A to jest... 
-Wiem Juan, to Oscar dos Santos - Carmen przerwała bratu. 
-Twój nowy idol? - Mata wyszczerzył zęby. 
-Taaa, jasne, braciszku. Dobra chłopaki, róbcie swoją standardową rozgrzewkę, rozciąganie, pompki, brzuszki, przysiady, dawać, do roboty! - zaklaskała w dłonie, a piłkarze bez marudzenia zajęli się ćwiczeniami. Na koniec, tak jak obiecała Carmen, zagrali krótki mecz. Składy wybierali Juan Mata i David Luiz. Pierwszy zaczął Mata. 
-No więc kogo tu wziąć... Siostrzyczka! 
-Ej noooo, dobra, biorę Torresa - David uśmiechnął się złośliwie. 
-Oj, chyba rozdzielimy zakochaną parę - Oscar rownież roześmiał się i przybyli piątkę. 
-Dobra, Caro, teraz ty wybierasz. 
-No okey, kogo my tu mamy... No chyba przydałby się bramkarz. Petr Cech! 
-No to my bierzemy Henrique Hilario! 
-Remires! 
-Oscar! 
-I dobrze, i tak nikt by go nie chciał! 
-Przypominam, że skład wybiera twój brat, nie ty Carmen! 
-A spadaj! Eden Hazard! I co, głupio ci teraz, Luizku? - przybiła piątkę z dochodzącym do jej drużyny Belgijczykiem. 
-Haha, stary, ale ci dokopała! Byłeś pewny, że go nie weźmie, bo nie zna składu! - Oscar naśmiewał się z przyjaciela, który miał nietęgą minę. 
-Przymknij się Oscar, my przynajmniej mamy Torresa. 
-Taa, Torresa, który będzie grał najgorzej jak tylko może, żeby jego dziewczyna wygrała. 
-Albo Torresa, który chce udowodnić swojej dziewczynie, że gra lepiej od niej - uśmiechnął się znacząco. 
-Co masz na myśli? 
-Ty wiesz jak ona gra? Ona jest po prostu mistrzem, uczyła się grać z najlepszymi, w La Masii, a to chyba coś znaczy. A przecież nasz malutki dzieciaczek nie będzie chciał się zbłaźnić przed dziewczyną, która normalnie gra w piłkę z gwiazdami wielkiej Barcelony... Wygramy ten mecz! 
~~~~~
Nudy na wakacjach, więc się więcej pisze ;) Kolejny też już napisany, będzie 5 komentarzy to wstawiam kolejny ;*